Religijna większość – religijna sprawiedliwość?

Ostatnio znów odżył problem funkcjonowania religii w szkole. Wzbudza wiele emocji – jak chyba wszystko, co się wiąże z religią. Na wstępie chcę zaznaczyć, że moim celem nie jest jakakolwiek ocena wyznawców danego systemu wierzeń. Każdy radzi sobie z życiem jak potrafi, niektórzy odnajdują się w religii, inni od niej uciekają. Sęk tkwi w tym, by jedni nie narzucali swojego modelu postępowania innym. A to właśnie się dzieje. Koronnym chyba argumentem na zasadność istnienia religii w szkole jest stwierdzenie, że większość Polaków to katolicy, a tradycja Polska w znacznej mierze zakotwiczona jest w chrześcijaństwie. Trudno się z tym kłócić, jednak dość łatwo podważyć znaczenie tego argumentu prostym pytaniem – i co z tego? Nikt nie zabrania Polakom wyznającym wiarę katolicką praktykowania i nauczania jej ich dzieci. Dlaczego to kształcenie nie może odbywać się w kościołach, swoją drogą jest ich tak wiele. Wprowadzając religię do szkoły tylko dlatego, że większość dzieci będzie na nią chodziło, lekceważymy te osoby, które są innych wyznań, bądź są niewierzące. Po pierwsze postępowanie takie wydaje się niewłaściwe dlatego, że w szkole zostaje wprowadzony podział między uczniami, którego w ogóle być nie powinno. To, że ktoś wierzy w istnienie siły wyższej a komuś innemu funkcjonowanie wszechświata wydaje się uzasadnione w oparciu o same tylko prawa fizyki nie wydaje się przeszkodą w stworzeniu zdrowej relacji między tymi ludźmi. Kiedy jednak autorytety – tu w postaci rodziców i nauczycieli – zauważą, że różnice w przynależności bądź jej braku do jakiegoś Kościoła są fundamentalne dla budowania stosunków międzyludzkich, dzieci najprawdopodobniej przejmą te poglądy. Wtedy, gdy w danej klasie pojedyncze osoby nie będą uczestniczyły w zajęciach z religii, katolicka większość może odnosić się do nich z niechęcią. Tolerancja nie jest cechą dystynktywną człowieka, trzeba się jej nauczyć. Uwypuklanie różnic między uczniami nauce tej nie sprzyja. Ponadto, gdy dziecko pochodzi z rodziny katolickiej, to mimo że religia nie jest obowiązkowa, prawie na 100% będzie na nią uczęszczało. Przede wszystkim po to, by nie odróżniać się od innych dzieci z klasy. Czyli w tym przypadku chodzenie na religie staje się obowiązkiem, który, gdy jest niewypełniony, grozi odrzuceniem prze katolicką resztę klasy. Inaczej by było, gdyby lekcje religii odbywały się przy kościołach, dzieci zbierałyby się tam zgodnie z przynależnością do danej parafii. Wtedy uniknięto by religijnych zgrzytów w klasie, a i samo uczestniczenie w religii przestałoby jawić się jako niepisany wymóg. A jeżeli nie wymóg, to dzieci nie czułyby presji, by na religię chodzić. Jak wiadomo, z niewolnika nie ma pracownika. Może więc przeniesienie edukacji religijnej ze szkoły do kościoła wyszłoby wierzącym na zdrowie.

Umysł – mózg - maszyna

Zależność między umysłem i mózgiem spędza sen z powiek intelektualistom nie od wczoraj. W XVII wieku na przykład zajmowano się wzajemnym wpływem duszy i ciała, co można interpretować jako wstęp do badań nad relacjami między umysłem i mózgiem. Czołowy...

Więcej

Kontrowersje wokół tematu

Raczej nie zdarzają się dyskusje dotyczące takiego aspektu jak ludzka ciekawość, nikt nie podważa stwierdzenia że człowieka charakteryzuje naturalny pęd do zwiększania ilości posiadanych informacji. Oznacza to tyle że każda jednostka jako indywiduum ...

Więcej